RAWICKI UNIWERSYTET TRZECIEGO WIEKU
RAWICKI UNIWERSYTET TRZECIEGO WIEKU
RAWICKI UNIWERSYTET TRZECIEGO WIEKU
RAWICKI UNIWERSYTET TRZECIEGO WIEKU
Slider

Nasza „mała ojczyzna” w literaturze

opracowała: Marta Hamielec


         Spędzamy teraz dużo czasu w domach i zapewne wielu Seniorów sięga chętnie po książki o różnorodnej tematyce. Jedną z naszych propozycji jest publikacja regionalna pt. „Ziemia rawicka w legendzie i baśni”, zredagowana w 1937 roku przez miejscowego nauczyciela i społecznika Józefa Miedzińskiego. Jej pierwsze, przedwojenne wydanie należy już do książkowych unikatów. W 2017 roku ukazało się wznowione wydanie książki, którą można wypożyczyć w Rawickiej Bibliotece Publicznej.

Legendy możemy poczytać z wnukami i wspólnie pobawić się w ilustratorów. Zbiór regionalnych opowieści stanowi także rodzaj literackiego przewodnika turystycznego po okolicy. Może być inspiracją w wyborze celu dłuższych spacerów, rodzinnych wycieczek samochodowych albo rowerowych. Tymczasem zapraszamy na „wirtualny” spacer szlakiem wybranych rawickich legend… 

 

Tom otwierają opowieści o herbie rodowym Przyjemskich, którego element – brunatny niedźwiedź – na mocy przywileju króla Władysława IV Wazy został przyjęty w 1638 roku jako herb Rawicza. Wizerunki niedźwiedzia możemy zobaczyć w różnych punktach miasta: na płaskorzeźbach na wschodniej i zachodniej ścianie ratusza, nad wejściem do zabytkowej kamienicy nr 27 przy rynku, na fasadzie Domu Kultury i po przeciwnej stronie ulicy Targowej – na muralu, ponadto w formie piaskowcowej rzeźby stanowiącej główny element fontanny na plantach. Autorem rzeźby jest rawicki artysta Zbigniew Łukowiak, fontanna powstała z okazji jubileuszu 350-lecia Rawicza w 1988 roku.

W XVII stuleciu do Przyjemskich, a wcześniej do znanego wielkopolskiego rodu Górkow należała Miejska Górka (dawna Górka). Z dziejami tej miejscowości związane są legendy: „Ciało potępionych strasznie zeszpecone będzie” (o klątwie, jaka spadła na ród Górków za krzewienie w Wielkopolsce protestantyzmu), „Cierń z korony Zbawiciela”, „Cudowny obraz świętego Antoniego”, „Święty Franciszek karmicielem głodujących”, „Zbawienne promienie krzyża”. Treść opowieści dotyczy ciekawych miejsc oraz zabytków, które obecnie możemy zwiedzić. Jednym z nich jest kościół parafialny pw. św. Mikołaja. Jest to świątynia barokowa, wybudowana pod koniec XVIII wieku. Jak głosi legenda: „… Dostał się kolec z korony męczeńskiej Zbawiciela do kościoła w Miejskiej Górce w roku 1571. Przywiózł go z Ziemi Świętej ówczesny dziedzic, właściciel Górki, sławny Andrzej Górka herbu Łodzia w roku 1479. Podczas swego pobytu w Jerozolimie dał możny magnat znaczniejszą jałmużnę bernardynom, ci zaś na znak wdzięczności wyłamali jeden kolec z cierniowej korony i wręczyli go Górce na pamiątkę. Kolec ten według intencji fundatora miał otrzymać kościół parafialny w miejscowości jego imienia.”  Losy relikwii nie są znane, nigdy nie została także potwierdzona jej autentyczność. Wnętrze kościoła w Miejskiej Górce i znajdujące się w nim relikwiarze kilkakrotnie niszczyły pożary, m.in. w 1787 i 2011 roku.

Jedna z legend opowiada o obrazie św. Antoniego, który znajduje się w ołtarzu bocznym kościoła klasztornego franciszkanów w Karolinkach – „na Goruszkach”: „…Według zapisków klasztornych obraz św. Antoniego dostał się do kościoła Krzyża Świętego na Goruszkach w roku 1707 od Imci Pana Adama Koszutskiego z Strzelca z tej racji, że podczas inkursji szwedzkiej, gdy się oficerowie szwedzcy we dworze jego, z polskiej biedy ciesząc, częstowali, jeden z nich, najgłówniejszy, wiary nieprzyjaciel, do tego obrazu w izbie stołowej nad drzwiami wiszącego, w głowę chcąc trafić, z pistoletu strzelał, lecz trzy razy twarzy chybiwszy, gdy czwarty raz w szyję, jako znak jest na obrazie, trafił – kula się odbiła i golenie mu na wylot przebiła, że musiano go do sąsiedniego gospodarza zanieść, gdzie tej śmiałości swojej dwojaką śmiercią przypłacił. Potem zaraz do onych oficerów szwedzkich przyszli jacyś diabli w czerwonych strojach, po kawalersku, z muzyką, którzy Szwedów w taniec wziąwszy, tak nieustannym mordowali ich tańcem, że im wszystkim pozdychać było przyszło…” Obraz przedstawiający postać jednego z patronów zakonu franciszkanów reformatów ponoć do dzisiaj nosi ślady strzałów.

W kościele „na Goruszkach” możemy również zobaczyć kilka wizerunków św. Franciszka z Asyżu, głównego patrona i założyciela zgromadzenia, obecnie patrona m.in. ekologów. Rzeźbiona, barokowa figura świętego znajduje się w ołtarzu głównym. Ponadto pod prezbiterium już w XVIII wieku powstała tzw. kaplica grobowa św. Franciszka („kościół dolny”). Umieszczono tam zabytkową figurę świętego naturalnej wielkości, w brązowym habicie, stojącą na drewnianej trumnie, oświetlaną światłem słonecznym wpadającym przez okno witrażowe. Według legendy, w epoce katastrofalnych susz, powodzi, wojen i głodu sam święty Franciszek miał uratować zakonników z Goruszek przed śmiercią głodową, dostarczając do klasztoru zapasy żywności (zob. legenda „Święty Franciszek karmicielem głodujących”). Dawni mieszkańcy ziemi rawickiej otaczali patrona franciszkanów szczególnym kultem w okresach epidemii.

Warto dodać, że franciszkanów sprowadził do Miejskiej Górki wspomniany już Adam Olbracht Przyjemski. W 1622 roku ufundował dla nich drewnianą kaplicę i budynek klasztorny, położony nad brzegiem Dąbroczni. Ponad sto lat później, w latach 40. XVIII wieku wybudowano obecny barokowy kościół i klasztor w nieco innej lokalizacji, ze względu na ochronę obiektów przed powodziami. W 1784 roku do świątyni zostały sprowadzone z Rzymu relikwie świętego Franciszka (fragment habitu).

Lektura legend Miedzińskiego przenosi nas również w malownicze o każdej porze roku, ale w szczególności wiosną, zakątki nad Orlą, w okolice Jutrosina, Dubina oraz na Hazy. W opowieściach i wierzeniach ludowych tereny te zamieniają się w niezwykłą krainę pełną dzikich zwierząt, duchów, upiornych topielców (zob. legenda pt. „Haracz topielczy”), rządzoną przez budzących postrach rozbójników: „Błota i moczary nieprzebyte, porośnięte tu i ówdzie szuwarem i łozą, broniły dostępu w te okolice i tylko leniwe żółwie i wydry płoche oraz niezliczone mnóstwo ptactwa wodnego gnieździło się tu i hasało swobodnie. A wśród tych błot zapadłych, chyłkiem między łozami i rogożem się kręcąc, pchała swe mętne i zatęchłe wody stara, poczciwa Orla z licznymi jej  dopływami, zamieniając od czasu do czasu całą tę okolicę w jedno wielkie rozlewisko prapotopowe. Do głuchej, zimnej tej otchłani sięgały gęste, ciemne bory z rozlicznym zwierzem drapieżnym. I tu właśnie, jak głosi podanie, na obszernej kępie, częściowo sztucznie usypanej, wznosił się kiedyś zamek warowny, którego panem był osławiony z okrucieństwa i dzikiej swej zuchwałości rycerz - rozbójnik, dla swej nietykalności zwany „Rycerzem Żelaznym” (zob. legenda „Żelazny rycerz zbójecki”).

Nie wiemy, czy kamienny zamek rozbójników istniał naprawdę, gdzie dokładnie można by go zlokalizować. Być może stał w miejscu zwyczajowo nazywanym „Orłowym grodem” niedaleko Chojna i był jedną ze średniowiecznych warowni broniących południowych granic państwa Piastów, podobnie jak pobliski Czestram.

            Właśnie obronną funkcję pełniła w odległych wiekach warownia na Czestramie, na miejscu której w połowie XIX wieku został wybudowany pałac Czarneckich w Golejewku. Podczas pobytu w tej miejscowości warto zwiedzić stadninę koni z kolekcją zabytkowych powozów, pospacerować Aleją Zasłużonych Koni, obejrzeć wnętrze zabytkowego kościoła pw. Wszystkich Świętych. Nad wejściem do świątyni zobaczymy płaskorzeźbę przedstawiającą tonącego jeźdźca na koniu, wznoszącego rękę ku niebu. To artystyczne nawiązanie do miejscowej legendy o powstaniu pierwszego, drewnianego kościoła. Józef Miedziński zatytułował opowieść przysłowiem ludowym „Kiedy trwoga, to do Boga”: „…I wydarzyło się, że ówczesny dziedzic Golejewka, wracając pewnego razu wśród ćmy nocnej do domu razem ze swoim wierzchowcem, dostał się w objęcia nieszczęsnych bagien golejewskich. Rozpaczliwe było położenie jeźdźcy. Na nic przydały się wszystkie wołania i krzyki biednego topielca wśród ciemnej nocy, nawet nadzieja w jakąkolwiek pomoc była tu płonna. Kiedy wyczerpanemu z sił nieszczęśliwemu hrabiemu śmierć niechybna poczęła zaglądać w oczy, wzywał rozpaczliwie pomocy wszystkich świętych, ślubując równocześnie, że skoro Bóg litościwy wybawi go z opresji, wybuduje Stwórcy na chwałę wspaniałą świątynię w Golejewku. Niebiosa wysłuchały prośbę nieszczęśliwego topielca…” Hrabia Chojeński jednak zwlekał z budową kościółka, postanowił ufundować tylko przydrożną kapliczkę. Zmienił zdanie, gdy pod inskrypcją na cokole kapliczki pojawił się tajemniczy napis: „Co ma wisieć – nie utonie”…

            Także barokowy kościół w Sarnowie, a dokładnie – otaczający go kamienno-ceglany mur – ma swoją legendę (zob. „Pokutujący kantor”). Świątynia została nim otoczona około 1741 roku. Do budowy muru zobowiązano sarnowskich protestantów. Była to forma kary oraz zadośćuczynienia za znieważenie i pobicie miejscowego proboszcza katolickiego. Główny winowajca konfliktu – ewangelicki kantor – według legendy zamienił się po śmierci w ducha i    „…nie zaznając znikąd ratunku ni pocieszenia, pokutuje za zbrodnię swoją już wieki całe i pokutować będzie biedaczysko do sądnego dnia.” Spacerując po Sarnowie warto także zobaczyć otoczony parkiem XIX-wieczny pałac (niestety niszczejący), ratusz na środku rynku, ulicę Stodołową, dawną kuźnię i wiatrak, jeden z kilku ocalałych zabytkowych „koźlaków” na ziemi rawickiej. Jeszcze XIX wieku w Sarnowie pracowało około 20 wiatraków, a na przedmieściach Rawicza ponad 60. Według legendy Rawicz miał 99 wiatraków, zawsze gdy budowano setny, któryś z pozostałych płonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Według miejscowego podania winowajcą był podpalacz z zaświatów – upiór młynarczyka mszczącego się po śmierci za wyrzucenie z cechu młynarzy (zob. legenda „Urok młynarczyka”).

                Wędrówkę szlakiem legend po ziemi rawickiej kończymy w okolicy Dębna Polskiego. Przez wiele stuleci, aż do 1945 roku Dębno było miejscowością przygraniczną. Od XVI wieku o ten obszar toczyły się spory pomiędzy śląskimi i wielkopolskimi właścicielami ziemskimi. W 1726 roku po wieloletnim konflikcie właściciela Rawicza Jana Kazimierza Sapiehy z hrabią Hatzfeldtem ze Żmigrodu (zob. legenda „Raczej ziemię stracić, aniżeli duszę zaprzedać”) w pobliżu Dębna został ustawiony pierwszy kamienny słup graniczny. „…Za jak ważną i doniosłą musiano wówczas uznawać tę chwilę, skoro na jej uwiecznienie na skrzyżowaniu szosy wrocławskiej z wspomnianą wyżej drogą wystawiony został potężny słup granitowy, na którym do ostatnich czasów złotymi literami wypisany widniał chronogram w języku łacińskim treści następującej: Dzień 11 października nadał granice tym polom, a umowa każdemu przyznała swe włości. Chwała i dziękczynienie bądź Ci na wieki Boże w trójcy jedyny, bądź uwielbiona i wierszem i pieśnią miła matko!” Jadąc lokalną drogą z Dębna Polskiego w kierunku Zielonej Wsi mijamy cmentarz ewangelicki, a po przeciwnej stronie drogi niewielki staw. To także sceneria opowieści o sporze granicznym: „…Rozstrzygnięcie sporu na korzyść przeciwnika dotknęło boleśnie hr. Sapiehę. Opuszczając pełen goryczy pola stracone zatrzymał się na chwilę obok sadzawki w pobliżu drogi i wpatrując się w wodę gorzko zapłakał. Boże mój – westchnął po chwili, obnażając głowę – Tyś prawdą i światłością, daj, proszę Cię, świadectwo po wsze czasy, że wyrok, jaki przyjąłem z ręki ludzkiej, urąga prawdzie i sprawiedliwości, spraw na wieczną pamiątkę, że do tej sadzawki spływały moje gorzkie łzy z powodu utraty ziemi drogich przodków, aby woda ta nigdy nie wyschła. I tak spełnił Wszechmocny życzenie godnego syna Ojczyzny: woda w sadzawce, jakby dla zadośćuczynienia, do dnia dzisiejszego nigdy nie wyschła.”


 

Do góry